Blog o wszystkim co związane z moim miastem

Mundialowy Poznań

Cały czas mamy przyjemność przeżywać Mistrzostwa Świata w piłce nożnej, ale niestety są to kolejne mistrzostwa bez udziału reprezentacji Polski. Polska do tej pory grała na siedmiu turniejach i wielokrotnie w kadrze polskiej reprezentacji znajdowali się piłkarze pochodzący z Poznania lub grający w którymś z poznańskich klubów. Dzisiaj chciałbym uporządkować i przedstawić pokrótce wszystkie takie przypadki.

1938 Francja; Polska: 9-15 miejsce

Jedynym przedstawicielem Poznania na tym turnieju był wspominany już przeze mnie w poprzednim wpisie Fryderyk Scherfke. Był on rodowitym poznaniakiem i piłkarzem Warty Poznań. Wsławił się tym, że strzelił pierwszą bramkę dla Polski w historii występów na mistrzostwach świata.

1974 RFN; Polska: 3 miejsce

Ten występ polskiej reprezentacji przez kolejne pokolenia jest wspominany jako największy sukces i występ do którego porównywany jest każdy kolejny. Udział w tym turnieju wziął Zbigniew Gut. Zaraz po mistrzostwach przeszedł on z Odry Opole do Lecha Poznań, w którym później występował przez 5 lat. Gut wystąpił na mistrzostwach w dwóch meczach z Haiti i ze Szwecją. Poza tym w kadrze znajdowali się urodzony w Swarzędzu i przez lata występujący w Olimpii oraz Lechu Andrzej Fischer (na mistrzostwa jechał jako piłkarz Górnika Zabrze) oraz Roman Jakóbczak, czyli jeden z najlepiej wykonujących rzuty wolne piłkarzy w historii Lecha. Jednak obaj nie zagrali na tym turnieju ani minuty.

1978 Argentyna; Polska: 5-8 miejsce

Turniej na który Polacy jechali jako przyszli mistrzowie świata, a niestety skończyło się na kłótniach i niepowodzeniu reprezentacji prowadzonej przez Jacka Gmocha. Na tym turnieju nie wystąpił żaden piłkarz w jakikolwiek sposób związany z Poznaniem, jednak w kadrze, która pojechała do Ameryki Południowej znajdowało się dwóch takich piłkarzy. Mirosław Justek w latach 1976-1979 reprezentował barwy Lecha Poznań, a Janusz Kupcewicz na mistrzostwa jechał jako piłkarz Arki Gdynia, jednak w późniejszych latach występował także w Lechu.

                                                                 image

                                                                       Janusz Kupcewicz

1982 Hiszpania; Polska: 3 miejsce

W drużynie Antoniego Piechniczka, która powtórzyła sukces z 1974 roku znajdował się ponownie Janusz Kupcewicz, ale tym razem był już pełnoprawnym reprezentantem. Wystąpił w 5 spotkaniach ( z Peru, Belgią, ZSRR, Włochami oraz Francją), a w meczu o 3 miejsce z Francją strzelił jedną z bramek. Po mistrzostwach przeniósł się z Gdyni do Lecha Poznań i od razu przyczynił się do zdobycia przez Kolejorza pierwszego Mistrzostwa Polski. W kadrze brązowych medalistów znajdowali się także wieloletni bramkarz Lecha Poznań Piotr Mowlik oraz Piotr Skrobowski, który do Hiszpanii jechał jako piłkarz Wisły Kraków, jednak w późniejszych latach reprezentował zarówno barwy Lecha, jak i Olimpii.

1986 Meksyk; Polska: 9-16 miejsce

Na tych mistrzostwach wystąpił Krzysztof Pawlak (mecze z Portugalią i Anglią), który przez lata związany był z Poznaniem zarówno podczas kariery zawodniczej, jak i w trakcie kariery trenerskiej. Jako zawodnik występował dwukrotnie w Warcie, ale przede wszystkim w Lechu. Na Mundial jechał jako piłkarz Kolejorza w którym występował przez 9 lat. Jako trener prowadził zarówno Zielonych jak i Lecha. W meczu z Portugalią wystąpił także Andrzej Zgutczyński – piłkarz Górnika Zabrze, który na początku swojej kariery występował przez pół roku w Lechu.

2002 Korea Południowa/Japonia; Polska: 25-32 miejsce

Turniej na który Polacy dostali się po wielu latach posuchy i na który jechano z wielkimi nadziejami. Niestety drużyna Jerzego Engela zakończyła swój udział na fazie grupowej, ale w turnieju tym wystąpiło wielu piłkarzy związanych z naszym miastem. We wszystkich meczach wystąpił poznaniak Maciej Żurawski, który reprezentował barwy Warty oraz Lecha. Ostatni mecz z USA Żurawski zapamięta szczególnie, ponieważ nie wykorzystał wtedy rzutu karnego. W dwóch meczach z Koreą Południową i Portugalią wystąpił Piotr Świerczewski, który w latach 2003-2006 występował w Kolejorzu. W pierwszym meczu z Koreą wystąpił Jacek Bąk (w latach 1992-1995 piłkarz Lecha), a w meczu z Portugalią Arkadiusz Bąk (piłkarz, który zaczynał grę w Ekstraklasie w Olimpii, a kończył w Lechu). W ostatnim meczu trener Engel po dwóch porażkach zdecydował się na wystawienie piłkarzy, którzy wcześniej nie grali i dlatego w wygranym meczu z USA wystąpili: Arkadiusz Głowacki (poznaniak, piłkarz Lecha w latach 1997-1999) oraz Maciej Murawski (piłkarz Lecha 1997-1998).

2006 Niemcy; Polska: 17-24 miejsce

W drużynie Pawła Janasa znalazło się jeszcze więcej piłkarzy związanych w jakiś sposób z Poznaniem. We wszystkich spotkaniach wzięli udział Jacek Bąk oraz Maciej Żurawski. Najbardziej ten turniej zapamięta jednak Bartosz Bosacki. Rodowity poznaniak, wieloletni piłkarz Lecha na tym turnieju wystąpił w spotkaniu z Niemcami oraz z Kostaryką. W tym drugim meczu strzelił dwie bramki (środkowy obrońca!), które okazały się być jednymi bramkami naszej reprezentacji na tych mistrzostwach. Co ciekawe Bosacki na mistrzostwa został ściągnięty z wakacji, ponieważ pierwotnie nie został powołany i dopiero później zastąpił jednego z kontuzjowanych piłkarzy. We wszystkich meczach wystąpił także Arkadiusz Radomski, który zaczynał swoją karierę w Lechu. W meczach z Ekwadorem i Kostaryką wystąpił Mirosław Szymkowiak, który urodził się w Poznaniu i swoją karierę rozpoczynał w Olimpii. W meczu z Kostaryką w końcowych minutach na boisku pojawił się Grzegorz Rasiak - piłkarz, który wychowywał się w Poznaniu, zaczynał swoją karierę w Warcie, a jednym z jego największych marzeń jest (było?) zagranie w barwach Lecha. W kadrze Polski znajdowali się także Łukasz Fabiański, bramkarz, który znajdował się w kadrze Lecha w 2004 roku oraz Seweryn Gancarczyk, piłkarz Lecha w latach 2009-2011.

image

                                                                            Bartosz Bosacki

Na tę chwile tak prezentuje się lista piłkarzy związanych z Poznaniem, którzy mieli przyjemność znaleźć się w kadrze Polski na Mistrzostwa Świata. Miejmy nadzieję, że po mistrzostwach w Rosji będzie mogła ona się powiększyć.

Comments

Poznańscy debiutanci

Dokładnie za dwa tygodnie będziemy przeżywali emocje związane z pierwszym meczem na XX Mistrzostwach Świata w piłce nożnej. Co ciekawe mimo tego, że turniej ten nigdy nie zawitał do Polski, a najbliżej Poznania był podczas meczów rozgrywanych w Berlinie w 1974 i 2006 to i tak największe święto światowej piłki nożnej w pewien sposób można powiązać z naszym miastem.

W 1930 roku rozegrano pierwsze mistrzostwa świata. Ponieważ jako organizatorów wybrano malutki Urugwaj, a na świecie wzdłuż i wszerz hulał kryzys wiele europejskich krajów zrezygnowało z udziału w tym turnieju. Dopiero w roku 1934 na boiskach faszystowskich Włoch rozegrano turniej na którym zagrały najlepsze europejskie zespoły. W jednym z meczów otwarcia rozegranych 27 maja zmierzyły się ze sobą drużyny III Rzeszy oraz Belgii. Dla naszych zachodnich sąsiadów był to debiut na mistrzostwach, a w 25 minucie meczu pierwszą bramkę w historii ich mundialowych występów strzelił Stanislaus Kobierski. Piłkarz Fortuny Dusseldorf posiadający dosyć swojsko brzmiące nazwisko. Rodzice Kobierskiego byli polskimi katolikami, którzy przed I wojną światową opuścili Poznań w poszukiwaniu pracy. Mistrzostwa we Włoszech III Rzesza zakończyła na 3 miejscu, a więc Kobierski był pierwszym poznaniakiem z medalem mistrzostw świata w piłce nożnej.

4 lata później turniej rozgrywany we Francji okazał się ważnym dla Polaków, ponieważ wtedy to na Mistrzostwach Świata zadebiutowała nasza reprezentacja. 5 czerwca na stadionie w Strasburgu Polacy zmierzyli się z wirtuozami piłki nożnej – Brazylijczykami. W 23 minucie spotkania, przy stanie 1:0 dla Brazylii, w polu karnym Brazylijczyków powalony został Ernest Wilimowski i szwedzki sędzia musiał wskazać na 11 metr. Do wykonania rzutu karnego podszedł poznaniak, piłkarz Warty Poznań, Fryderyk Scherfke. Chwilę później wyrównał stan meczu na 1:1 i równocześnie stał się strzelcem debiutanckiego, polskiego gola na Mistrzostwach Świata. Mecz nie rozstrzygnął się w 90 minutach i po dogrywce zakończył się zwycięstwem Brazylijczyków 6:5. Dla Fryderyka Scherfke był to jedyny gol w reprezentacji Polski, a znacznie lepiej wiodło mu się w polskiej lidze gdzie w barwach Warty w 235 meczach strzelił 134 bramki. Wynik ten cały czas daje mu miejsce w pierwszej „10” najlepszych strzelców w historii polskiej ekstraklasy. W czasie okupacji Scherfke ze względu na swoje niemieckie pochodzenie został wcielony do Wermachtu i w czasie wojny wykorzystywał swoje kontakty do ochrony swoich kolegów z Warty Poznań przed prześladowaniami. Po wojnie osiedlił się w Berlinie Zachodnim gdzie prowadził sklep meblowy.

Przewrotne są piłkarskie historie. Pierwszego gola dla Niemiec na Mistrzostwach Świata strzelił piłkarz pochodzenia polskiego, a w analogicznej sytuacji dla reprezentacji Polski bramkę strzelił piłkarz pochodzenia niemieckiego.

                                                           Fryderyk Scherfke (1909-1983)

Źródło zdjęcia: wikimedia.org

Comments

Pręgierz

Jeżeli w piątkowe lub sobotnie wieczory umawiamy się z kimś kto nie za dobrze zna Poznań to miejscem, które najczęściej wybieramy jest pręgierz na Starym Rynku. Doprowadza to do zabawnych sytuacji kiedy np. na godzinę 19:00 pod pręgierzem umawia się tylu ludzi, że najpierw musimy szukać przez jakiś czas osób z którymi się umówiliśmy. Jednak skąd wziął się pręgierz i w jakim celu został tam umiejscowiony?

Pręgierz na poznańskim rynku postawiony został w 1535 roku. Jak głosi łaciński napis znajdujący się na pręgierzu ufundowany był on z grzywien nakładanych na służące, mamki oraz szynkarki, które ubierały się zbyt szykowanie w stosunku do swojej pozycji społecznej (zaliczały się tutaj drogie stroje, złota biżuteria, a nawet suknie o zbyt wielu fałdach). Oryginalny pręgierz był ośmioboczną, późnogotycką kolumną, miał ok. 5,5 metra oraz prawdopodobnie był dziełem, któregoś z włoskich rzeźbiarzy, którzy w tym czasie przebywali w Poznaniu. Rzeźba kata w stroju rycerza z uniesionym mieczem stanęła na pręgierzu w 1593 roku i symbolizuje ona tzw. „prawo miecza”.  Zostało ono nadane Poznaniowi przez króla Władysława Łokietka w 1298 roku, a oznaczało, że władze miejskie mają prawo do wydawania i wykonywania wyroków śmierci.  Oryginalna rzeźba znajduje się w Sali Królewskiej poznańskiego Ratusza, a obecna kopia wykonana została w 1925 roku przez Marcina Rożka. Do kolumny przymocowane były żelazne obręcze (tzw. kuny) do których przywiązywani byli skazańcy. Pręgierz służył przede wszystkim do wykonywania  wyroków na “mniejszych” przestępcach. U stóp pręgierza upokarzano, napiętnowano oraz wystawiano na widok publiczny osoby, które popełniły drobne występki. Dokonywano tam kary chłosty, mordercom obcinano rękę, którą dokonali tego czynu, krzywoprzysięzcom dwa palce, a złodziejom uszy. Spod pręgierza wyruszał także kondukt, który wyprowadzał poza mury miasta skazanych na wygnanie. Na przestrzeni lat wyroki stawały się coraz lżejsze i ostatecznie ograniczyły się tylko do chłosty, ale były wykonywane przy poznańskim pręgierzu aż do 1848 roku kiedy to rozporządzenie pruskie zakazało tego typu praktyk.  Pręgierz na przestrzeni lat ulegał wielokrotnie uszkodzeniu. W XIX wieku na przestrzeni kilku lat pręgierz był kilkukrotnie naprawiany w związku z czym zdecydowano się na przeniesienie oryginału do Zamku Przemysła i przez wiele lat nikt nie wiedział co stało się z zabytkowym pręgierzem. W międzyczasie wykonano kopie pręgierza, która usytuowana jest na Starym Rynku do dzisiejszego dnia. Oryginalny pręgierz został odnaleziony po II wojnie światowej w piwnicach składnicy miejskiej przy ulicy Kościelnej, gdzie przez wiele lat leżał rozłożony na części w kilku skrzyniach. Tak jak napisałem wcześniej obecnie oryginalny pręgierz znajduje się w Muzeum Historii Miasta Poznania w Ratuszu. Kopia znajdująca się na rynku także uległa kilka razy zniszczeniu. W 2009 roku figura kata została oblana farbą, rok później ucierpiała podczas mistrzowskiej fety kibiców Lecha, a w 2011 roku figura została zrzucona przez pijanego mężczyznę, który podawał się za studenta. Ostatecznie „imprezowicz” musiał pokryć cały koszt naprawy (40 000 zł.) oraz usłyszał wyrok dwóch lat pozbawienia wolności.

                       

Przepraszam wszystkich czytelników za dosyć duży zastój na blogu, ale obowiązki rodzinne oraz zawodowe nie pozostawiają mi za wiele wolnego czasu na pisanie kolejnych wpisów. Równocześnie mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości odnajdę więcej czasu na poznańskie blogowanie.

Źródło zdjęcia: poznan.pl

Comments

Kościół Wszystkich Świętych

Dzisiaj, kiedy już wszyscy dogorywamy z przejedzenia i gdzieś w środku cieszymy się, że Wielkanoc powoli się kończy (a przynajmniej nasze żołądki czerpią radość z tego faktu) chciałbym wam opowiedzieć o jednym z bardziej interesujących kościołów naszego miasta. Kościół Wszystkich Świętych przy Grobli został wzniesiony pod koniec XVIII wieku jako kościół luterański, a obecnie przyciąga uwagę turystów swoim śnieżnobiałym kolorem oraz ciekawą architekturą.

W 1768 roku król Polski Stanisław August Poniatowski ogłasza edykt o równych prawach wszystkich religii na terenie naszego kraju.  Umożliwiło to protestantom budowę murowanych świątyń zamiast dotychczasowych zborów o nietrwałej konstrukcji szachulcowej (drewniane ściany wypełnione gliną zmieszaną z sieczką oraz trocinami). Zmiana polityki naszego państwa wpłynęła na to, że na teren Polski zaczęło sprowadzać się wielu protestantów, którzy uciekali przed prześladowaniami w katolickich księstwach niemieckich. Dzięki temu w Poznaniu pojawiło się kilka kościołów protestanckich m.in. w 1777 rozpoczęto budowę ewangelickiego kościoła Świętego Krzyża na wyspie Grobla. Kościół wznoszony był na podmokłym terenie w związku z czym posiada bardzo solidne fundamenty, które złożone są z ponad trzystu (!) dębowych pali. Budowa bryły kościoła trwała do 1783 roku, ale ze względu na problemy finansowe jego wnętrze zostało ukończone dopiero w początkach XIX wieku.  Kościół utrzymany jest w formach barokowo-klasycystycznych. Co ciekawe nowatorski projekt kościoła zbudowanego na planie owalu wpisanego w czworokąt stał się wzorcem dla wielu świątyń na terenie całej Europy. Interesującym rozwiązaniem architektonicznym jest połączenie ołtarza, ambony oraz organów w jedną, spójną bryłę. Ciekawa architektura, piękne, okazałe organy oraz świetna akustyka tego budynku wpływają na to, że do dzisiaj odbywają się w nim liczne koncerty organowe. Po zakończeniu II wojny światowej, kiedy większość protestantów opuściła Poznań, kościół został przejęty przez katolików, którzy zmienili wezwanie kościoła na obecne Wszystkich Świętych. Zaraz po wojnie funkcję organisty pełnił w tym kościele sam Stefan Stuligrosz. Początkowo kościół podlegał pod parafię św. Wojciecha i dopiero w 1981 roku utworzono samodzielną parafię Wszystkich Świętych. Należy pamiętać o tym, że nie jest to pierwszy kościół pod tym wezwaniem w Poznaniu. Poprzedni znajdował się przy współczesnej ulicy Wszystkich Świętych i został rozebrany w XIX wieku.

Źródło zdjęcia: http://www.polskaniezwykla.pl

Comments

Willa Paula Ueckera

Łazarz w mojej opinii (a także pewnie w opinii wielu czytelników) jest jedną z najbardziej klimatycznych i najładniejszych dzielnic Poznania. Historyczna zabudowa Łazarza (a także w większości współczesna) opierała się na zwartej zabudowie złożonej z kilkupiętrowych kamienic. Jednak wśród tego typu budynków można znaleźć także budynki willowe. Przykładem takiej posiadłości może być willa Paula Ueckera przy ulicy Ryszarda Berwińskiego nr 5.

Willa zbudowana została w 1908 roku i prawdopodobnie została zaprojektowana przez Paula Genge. Powstała na zamówienie poznańskiego prawnika Paula Ueckera. Willa charakteryzuje się rozbudowaną bryłą do której dostawione są liczne przybudówki oraz tarasy. Ozdobiona jest neoklasycystyczną dekoracją sztukatorską. Wnętrze składa się z piętnastu pokoi, do których można dostać się z centralnego holu. Willa otoczona jest ozdobnym ogrodem. W okresie międzywojennym willa należała do znanego poznańskiego fabrykanta wódek i likierów Artura Gaede (właściciela najstarszej poznańskiej fabryki likierów – założonej w 1816 roku). W tym okresie w willi znajdował się także konsulat francuski. W czasie okupacji Polacy zostali z niej wysiedleni i willa Paula Ueckera stała się pierwszą siedzibą namiestnika Rzeszy w Kraju Warty i gauleitera NSDAP Arthura Greisera. W latach 1940-1942 trwała budowa jego docelowej siedziby w Jeziorach nad Jeziorem Góreckim. Obecnie w budynku tym mieści się dyrekcja Wielkopolskiego Parku Narodowego, a do dzisiejszego dnia drogę prowadzącą do rezydencji nazywa się potocznie „greiserówką” (z budynkiem tym związana jest dłuższa historia, która w szczególności zainteresuje czytelników lubiących historie o poszukiwaczach skarbów – jednak wpis na ten temat pojawi się na blogu w innym czasie). Współcześnie w budynku przy ulicy Berwińskiego mieści się siedziba Radia Merkury.

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie jedno ze zdjęć na profilu facebookowym “Miejsca w Poznaniu, o których nie miałeś do tej pory pojęcia”. Zdjęcie przedstawiało rzeźbę wisielca znajdującą się przed opuszczoną komendą policji położoną niedaleko willi Paula Ueckera. Pod tym zdjęciem jedna z osób przekonywała, że budynek ten był siedzibą Artura Greisera, a rzeźba jest nawiązaniem do tego jak zginął namiestnik Rzeszy w Kraju Warty (ostatnia publiczna egzekucja na terenie naszego kraju). Prostując - to nie był ten budynek, a co do rzeźby to nie mam pojęcia do czego jest nawiązaniem.

Źródło zdjęcia: wikimedia.org

Comments

Wiosna ach to Ty! XIX-wieczne rozrywki poznaniaków

W tym tygodniu obchodziliśmy pierwszy dzień wiosny w związku z czym coraz więcej poznaniaków będzie można zaobserwować na deptakach, ulicach, w parkach oraz nad Wartą. Obecnie mamy szeroki wachlarz możliwości jeżeli chodzi o spędzanie wolnego czasu w ciepłe dni. Jednak czy tak samo było w Poznaniu XIX wieku?

image

Poznaniacy w dziewiętnastym wieku czas wolny spędzali przede wszystkim w  zaciszu własnego domu. Poświęcali go także na wizytowanie znajomych i rodziny oraz spędzali czas w salonach artystyczno-literackich. Jednak do rozrywek niekosztownych, a przede wszystkim zdrowych, należały  przechadzki i wycieczki. W pogodne dni na ulice Poznania wylegały tłumy ludzi. W ścisłym centrum najwięcej poznaniaków można było spotkać na ulicy Wilhelmowskiej oraz placu o tej samej nazwie (Aleja Marcinkowskiego oraz Plac Wolności). Na przełomie całego XIX wieku architektura Poznania zmieniła się diametralnie i w bardzo szybkim tempie. Z biegiem lat zaczęły zanikać tereny zielone oraz elementy typowo wiejskie, a większość terenu pokrywała coraz ściślejsza zabudowa miejska. Pod koniec wieku w obrębie murów miejskich znajdowały się trzy niewielkie parki z czego tylko jeden, Volksgarten zasługiwał na to miano. Park ten znajdował się w okolicy dzisiejszej ulicy Działyńskich, a na jego terenie znajdował się stawek do którego wpływała, jeszcze wtedy naziemna, Bogdanka. Dwa pozostałe tereny zielone to ogród Lamberta przy Piekarach oraz ogród Hildebranda w okolicy dzisiejszego Placu Cyryla Ratajskiego. Jednak dla mieszkańców Poznania spragnionych terenów zielonych było to zdecydowanie za mało. Dlatego na dłuższe przechadzki poznaniacy wybierali się poza mury miejskie. Jednym z popularniejszych miejsc był lasek Dębina. Było to jedno z ulubionych miejsc rekreacyjnych księżnej Ludwiki Radziwiłł i właśnie stąd wywodzi się niemiecka nazwa Dębiny – Louisenhain (Gaj Ludwiki). Książę Radziwiłł specjalnie dla swojej małżonki zainwestował duże pieniądze w lasek dębiński m.in. poprzez wybudowanie niewielkiego pałacyku myśliwskiego. Na dalsze wyprawy poznaniacy wybierali się do Kobylegopola. Było to popularne miejsce poznańskich majówek (w tamtym okresie były to spotkania plenerowe odbywające się od maja do września). W majówkach najczęściej brali udział przedstawiciele cechów rzemieślniczych, stowarzyszeń, gimnazjaliści oraz całe rodziny poznaniaków. W bezpośrednim sąsiedztwie murów miejskich, między bramą Berlińską oraz Młyńska,  powstał okazały zieleniec nazywany przez poznaniaków plantami (znajdował się on w obszarze dzisiejszej Alei Niepodległości od ulicy św. Marcin do Kutrzeby).  Tłumy mieszkańców miasta można było spotkać tam nie tylko w niedziele i święta, ale także  w trakcie popołudniowych spacerów w dni powszednie. W dni upalne mieszkańcy Poznania uwielbiali spędzać czas nad wodą. Szczególnie uwielbiane były tereny nad Wartą w okolicy dzisiejszego mostu Królowej Jadwigi. Znajdowały się tam łazienki wojskowe oraz miejskie, a wejście na plaże było płatne. W okolicy dzisiejszego MDKu przy Drodze Dębińskiej znajdowała się bezpłatna plaża określana popularnie „Bocianką”. I to właśnie w tej okolicy wzdłuż świeżo wybudowanej utwardzonej drogi do Dębiny zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu ogródki rozrywkowe. Można było w nich bardzo miło spędzić czas przy dźwiękach muzyki granej przez orkiestrę. Odbywały się zabawy taneczne, grano w kręgle oraz bilard, występowały tu także grupy teatralne. Każdemu poznaniakowi dobrze były znane takie nazwy ogródków rozrywkowych jak Syberia, Nowa Ameryka, Columbia, Nowa Wenecja czy Villa Nova. Zaraz za bramą Dębińską znajdowało się Wesołe Miasteczko zwane Vogelką (co ciekawe to właśnie w Poznaniu powstało pierwsze wesołe miasteczko i to do niego wzięła się ta ogólnopolska nazwa). Na jego terenie znajdowały się karuzele, strzelnice oraz beczki śmiechu. Dużą atrakcją były także walki zapaśnicze między zawodowymi atletami oraz ochotnikami z publiczności.  W tym okresie także zaczęła tworzyć się społeczność działkowców. Rada Miasta przekazała na ten cel niewielkie tereny i to właśnie w XIX wieku zaczęły powstawać pierwsze ogródki działkowe na Wildzie oraz Górczynie. Dużą popularnością wśród poznaniaków cieszyły się także strzelnice Bractwa Kurkowego. Jednak one tętniły życiem głównie podczas świąt np. podczas Zielonych Świątek.

image

Jak można zauważyć poznaniacy w XIX wieku byli tak samo rozrywkowi jak my, a śmiem twierdzić, że wachlarz ówczesnych rozrywek był bogatszy od współcześnie dostępnych. Mam nadzieję, że w ten weekend godnie powitaliście wiosnę i równocześnie trzymam kciuki za to, żeby najbliższe tygodnie przyniosły kolejne owocne wyprawy plenerowe.

Źródło zdjęć: http://www.wieczorkiewicz.org (osobiście polecam stronę - świetne grafiki dawnego Poznania)

Comments

Park im. Gustawa Manitiusa

Jedną z największych bolączek polskich miast jest niewystarczająca ilość terenów zielonych. Jednak w mojej opinii Poznania ten problem nie dotyczy (oczywiście zawsze mogłoby być lepiej, ale należy docenić to co mamy). Cytadela, Sołacz, Ogród Botaniczny, Nowe Zoo, Park Jana Pawła II, Park Tysiąclecia oraz wiele innych. Wśród nich znajdują się także tereny w jakiś sposób zapomniane. Przykładem może tutaj być Park Gustawa Manitiusa znajdujący się u zbiegu ulic Grunwaldzkiej oraz Władysława Reymonta.

Nietypowa jest przeszłość tego miejsca gdyż park ten położony jest na terenie dawnych cmentarzy protestanckich. Jeden z nich należał do parafii św. Pawła, a drugi do parafii św. Łukasza na Jeżycach. Oba cmentarze założone zostały w 1895 roku i początkowo ich teren rozciągał się aż od obecnej ulicy Taborowej do ulicy Obozowej. Po 1919 roku kiedy większość parafian była zmuszona do opuszczenia Poznania teren cmentarzy został zmniejszony i m.in. wzdłuż ulicy Reymonta utworzono ogródki działkowe dla pozostałej w mieście ludności niemieckiej. Pochówki na obu cmentarzach odbywały się do 1945 roku. W 1952 tereny cmentarne przekształcono w Park Zwycięstwa. Nasadzono nowe drzewa i krzewy oraz stopniowo coraz bardziej przekształcano cmentarz w teren rekreacyjny. Do dzisiejszych czasów nie zachował się żaden grób, ani płyta nagrobna. Jedynymi pozostałościami po ewangelickiej przeszłości tego miejsca są układ alejek oraz kaplica cmentarna należąca w przeszłości do parafii św. Pawła. Neogotycka kaplica została zbudowana w 1896 roku, a w latach 1946-2003 służyła jako kościół parafii ewangelicko-augsburskiej (w 2004 parafia przeniosła się do nowego kościoła przy ulicy Obozowej).  W 1968 roku na końcu głównej alei postawiono pomnik Zwycięstwa upamiętniający zakończenie II wojny światowej oraz bitwę pod Grunwaldem. Od 2000 roku patronem parku jest Gustaw Manitius  - duchowny luterański, który w styczniu 1940 roku został zakatowany przez Niemców w Forcie VII. Od połowy lat 20-tych był on proboszczem poznańskiej parafii ewangelicko-augsburskiej. W późniejszym czasie mianowany został biskupem diecezji wielkopolsko-pomorskiej oraz działaczem organizacji patriotycznej PZZ (Polski Związek Zachodni) za co trafił na Młyńską, a następnie do Fortu VII. Miejsce jego pochówku nie jest znane, możliwe jest, że został pochowany w zbiorowej mogile na Cmentarzu Górczyńskim. Od strony ulicy Grunwaldzkiej w 2002 roku umiejscowiony został pamiątkowy głaz poświęcony patronowi parku.

Chciałbym serdecznie przeprosić wszystkich czytelników za znikomą aktywność w ostatnim czasie, ale jest to spowodowane natłokiem spraw zawodowych. Mam nadzieję, że już niedługo będę miał możliwość odbudowania mojej regularnej działalności na blogu.

Źródło zdjęcia: wikimedia.org Autor: Radomil

Comments

Ciemna strona 23 lutego

Odbicie Poznania z rąk niemieckiego okupanta dla jednych było momentem ogromnej radości, dla innych było początkiem gehenny. Ogromną radością było oczywiście dla Polaków. To dla nich kończyło się 6 lat życia pod „niemieckim butem”. To dla nich kończył się okres poniżeń oraz opluwania. Równocześnie dla niemieckiej załogi Cytadeli i Niemców żyjących w Poznaniu zaczęła się droga przez mękę. Od momentu wkroczenia Rosjan  do Fortu Winiary rozpoczął się ciąg upokorzeń i poniżeń dla tych, którzy przez ostatnie lata byli „panami”. W dzisiejszym wpisie chciałbym zamieścić kilka fragmentów wspomnień niemieckich żołnierzy opisujących pierwsze  godziny po wyzwoleniu Poznania.

  image

 

„…Poddanie Cytadeli nastąpiło 23 lutego 1945 o godzinie 8 rano. Pomimo moich dwóch ran z pomocą dwóch towarzyszy, którzy pozostali bez szwanku, dołączyłem do grupy tych, którzy po kapitulacji wychodzili z kazamat i redut Cytadeli. Po raz pierwszy od tygodni znów ujrzałem światło dzienne. Na dziedzińcu Cytadeli zbierali się ocalali, wszyscy ci, którzy byli w stanie się poruszać. Odbyły się pierwsze kontrole, a późnym popołudniem rozpoczął się marsz propagandowy przez Poznań, gorliwie przez Rosjan filmowany…”

„…Rosjanie planowali rzekomo zabrać rannych ciężarówkami, ale kiedy zostałem prawie sam, zacząłem się bać i poprosiłem dwóch zdrowych towarzyszy, by pozwolili mi się na nich wesprzeć. Jak się później dowiedziałem, wszystkich rannych, którzy pozostali na korytarzach, pijani Polacy i Rosjanie zastrzelili…”

„…Niestety muszę potwierdzić, że wszystkich rannych znajdujących się w Cytadeli Rosjanie zabili przy pomocy miotaczy ognia…”

„…Oficerów, którzy znajdują się w tłumie, wyłapuje się i ustawia. Jest ich siedmiu. Między innymi także jeden Oberfeldwebel, który sprawił sobie w sklepie z mundurami nowiutki strój, co zdecydowało o jego losie. Nikt nie słucha go, gdy mówi, że nie jest żadnym oficerem. Cała siódemka musi ściągnąć oficerki. Potem wszyscy zostają wepchnięci do chlewu, w którym nawet nie mogą się wyprostować. Wtedy podchodzi około osiemnastoletni Rosjanin i zamyka furtkę. Cofa się cztery kroki, odwraca, gwałtownie zdejmuje pistolet maszynowy z ramienia i cały magazynek wystrzeliwuje do wnętrza chlewu. Papieros zwisa mu z gębie. Następnie jesteśmy przeszukiwani pod kątem odznaczeń. Wszyscy ci, którzy  posiadają Krzyże Żelazne I Klasy, zostaną zastrzeleni…”

„…Przedstawiający obraz nędzy i rozpaczy pochód jeńców – wyłącznie rannych z poznańskiego Zamku – eskortowany przez sowieckich żołnierzy, gnany jest przez tory kolejowe w kierunku Łazarza. Nagle trafiamy wprost do piekła, bo jedną z ulic pędzi motłoch. Pomimo, że jesteśmy ranni, biją nas, każdy pcha się do przodu, nie chcąc być ostatni. Czoło pochodu wyznacz tempo. Obok mnie pada kolega. Na dwie godziny przed wzięciem do niewoli amputowano mu ramię. Nie wiem co się z nim stało. Zaraz po tym przechodzimy pod wiaduktem kolejowym. Na nim stoją polscy cywile i rzucają w nas węglem kamiennym, grube odłamki trafiają w bezbronną, zaszczutą masę…”

„…Przechodziliśmy przez Starołękę. Na ulicach znów stoją polscy cywile i rzucają w rannych kamieniami, biją, kopią nas…”

„…W lutym podczas jednego z marszów propagandowych przez miasto, Polacy zachowywali się okropnie zjadliwie, obrzucali nas kawałkami lodu i krzyczeli „Heil Hitler”, śpiewali hymn Niemiec i opluwali nas. Z jednego okna wyrzucono ciężki łańcuch i wielu zostało rannych. Gdyby nie rosyjscy strażnicy, to nie wiem, co by się wydarzyło…”

„…Około godziny 9 rozpoczął się pochód męki przez Poznań. Zakończył się o 16. Kamieniowana nas, obrzucano obelgami, wjeżdżano samochodami i końmi w naszą kolumnę, a na koniec przekazano nas polskiemu legionowi – który ciągle nas bił – postawiono nas przy ścianie jako tarcze do strzelania – całkowicie nas ograbiono i wielu z nas (szczególnie policjantów, SS) rozstrzelano. Po trzech dniach przyszliśmy znów do Rosjan. Zachowaliśmy dosłownie jedynie nasze życie. Przez sześć tygodni chodziłem boso…”

„…Rano byli zbierani wszyscy ranni i wieczorem wracali wyczerpani z 20 km „marszu propagandowego” z powrotem do Zamku, gdzie nocą gnieździło się około 7000 jeńców wojennych. Podczas tych marszów propagandowych z okien domów wylewano na nas gorącą wodę i urynę lub obrzucano doniczkami; ciężarówki prowadzone przez Rosjan lub Polaków celowo wjeżdżały w kolumny i kaleczyły jeńców. Kiedy oni lub inni wyczerpani nie mogli dalej maszerować w tych pochodach nędzy, byli popędzani uderzeniami kolb, a kiedy to nie pomagało – rozstrzeliwani. Przy tym Polacy byli jeszcze bardziej brutalni niż Rosjanie, którzy czasami nawet nas bronili przed ekscesami Polaków…”

„…Od rana do wieczora jesteśmy bezustannie pędzeni przez Poznań. Kto nie ma już sił, zostaje zastrzelony lub zatłuczony kolbą. To prawdziwa ruletka, trzeba uważać, aby ze środka kolumny nie zostać wypchniętym na zewnątrz. Podczas jednego z takich przestojów jakiś Polak łapie mnie za ubranie, odwraca w swoim kierunku i krzyczy: „I co, nie miałeś czasu, żeby się umyć i ogolić, ponieważ musiałeś ciągle strzelać?!”. Uderza mnie pięścią w nos. Boże, jak my wszyscy wyglądamy! Wcale się jednak nie dziwie, prawie przez cztery tygodnie nie myliśmy się ani nie goliliśmy. Mamy brody jak marynarze. Rosyjskie czołgi bezlitośnie wjeżdżają w kolumnę, ledwo udaje nam się odskoczyć na boki. One jednak gonią nas! Jeńcy w czarnych, pancernych mundurach zostają pobici. Uchodzę temu wybuchowi gniewu tylko dlatego, że jestem ubrany w kurtkę maskującą, którą założyłem po powrocie z naszej misji rozpoznawczej. Ludność Poznania wyległa tłumnie na ulice, aby uczestniczyć w tym okropnym wydarzeniu. Słychać krzyki: „No i co, niemieckie świnie, macie swoją tęsknotę za wschodem!”. Musimy cierpieć za wiele cudzych grzechów…”

„…Dziś kompletnie nie mogę się połapać, jakimi ulicami wzdłuż i wszerz miasta jestem pędzony wraz z wieloma innymi jeńcami. Polacy opluwają nas, wyzywają, biją i obrzucają kamieniami. Byle nie maszerować na skraju kolumny lub przy chodniku. Tu można szybko oberwać. Na ul. Głogowskiej wpada w naszą kolumnę galopujący zaprzęg konny, którym powozi Rosjanin. Na wozie jadą Polacy. Tłuką na lewo i prawo batem, po czym wycofują się i z przodu kolumny zaczynają wszystko od początku. Pomagamy wstać potłuczonym kolegom. Zostać na ziemi to pewna śmierć…”

Z tych relacji możemy wywnioskować, ze 23 lutego 1945 roku oprócz ogromnej radości dla Polaków ciągnie za sobą także ciemniejszą stronę.

        image

Cytaty pochodzą z książki Günthera Baumanna “Poznań 45’. Bastion nad Wartą”. Pozycja dosyć zgrabnie opisuje walki o Poznań, ale równocześnie jest bardzo stronnicza i pokazuje Niemców jako 6 letnich dobroczyńców, których spotkał straszny los po  wkroczeniu Rosjan do Poznania. 

 

Comments