Blog o wszystkim co związane z moim miastem

Kościół Wszystkich Świętych

Dzisiaj, kiedy już wszyscy dogorywamy z przejedzenia i gdzieś w środku cieszymy się, że Wielkanoc powoli się kończy (a przynajmniej nasze żołądki czerpią radość z tego faktu) chciałbym wam opowiedzieć o jednym z bardziej interesujących kościołów naszego miasta. Kościół Wszystkich Świętych przy Grobli został wzniesiony pod koniec XVIII wieku jako kościół luterański, a obecnie przyciąga uwagę turystów swoim śnieżnobiałym kolorem oraz ciekawą architekturą.

W 1768 roku król Polski Stanisław August Poniatowski ogłasza edykt o równych prawach wszystkich religii na terenie naszego kraju.  Umożliwiło to protestantom budowę murowanych świątyń zamiast dotychczasowych zborów o nietrwałej konstrukcji szachulcowej (drewniane ściany wypełnione gliną zmieszaną z sieczką oraz trocinami). Zmiana polityki naszego państwa wpłynęła na to, że na teren Polski zaczęło sprowadzać się wielu protestantów, którzy uciekali przed prześladowaniami w katolickich księstwach niemieckich. Dzięki temu w Poznaniu pojawiło się kilka kościołów protestanckich m.in. w 1777 rozpoczęto budowę ewangelickiego kościoła Świętego Krzyża na wyspie Grobla. Kościół wznoszony był na podmokłym terenie w związku z czym posiada bardzo solidne fundamenty, które złożone są z ponad trzystu (!) dębowych pali. Budowa bryły kościoła trwała do 1783 roku, ale ze względu na problemy finansowe jego wnętrze zostało ukończone dopiero w początkach XIX wieku.  Kościół utrzymany jest w formach barokowo-klasycystycznych. Co ciekawe nowatorski projekt kościoła zbudowanego na planie owalu wpisanego w czworokąt stał się wzorcem dla wielu świątyń na terenie całej Europy. Interesującym rozwiązaniem architektonicznym jest połączenie ołtarza, ambony oraz organów w jedną, spójną bryłę. Ciekawa architektura, piękne, okazałe organy oraz świetna akustyka tego budynku wpływają na to, że do dzisiaj odbywają się w nim liczne koncerty organowe. Po zakończeniu II wojny światowej, kiedy większość protestantów opuściła Poznań, kościół został przejęty przez katolików, którzy zmienili wezwanie kościoła na obecne Wszystkich Świętych. Zaraz po wojnie funkcję organisty pełnił w tym kościele sam Stefan Stuligrosz. Początkowo kościół podlegał pod parafię św. Wojciecha i dopiero w 1981 roku utworzono samodzielną parafię Wszystkich Świętych. Należy pamiętać o tym, że nie jest to pierwszy kościół pod tym wezwaniem w Poznaniu. Poprzedni znajdował się przy współczesnej ulicy Wszystkich Świętych i został rozebrany w XIX wieku.

Źródło zdjęcia: http://www.polskaniezwykla.pl

Comments

Willa Paula Ueckera

Łazarz w mojej opinii (a także pewnie w opinii wielu czytelników) jest jedną z najbardziej klimatycznych i najładniejszych dzielnic Poznania. Historyczna zabudowa Łazarza (a także w większości współczesna) opierała się na zwartej zabudowie złożonej z kilkupiętrowych kamienic. Jednak wśród tego typu budynków można znaleźć także budynki willowe. Przykładem takiej posiadłości może być willa Paula Ueckera przy ulicy Ryszarda Berwińskiego nr 5.

Willa zbudowana została w 1908 roku i prawdopodobnie została zaprojektowana przez Paula Genge. Powstała na zamówienie poznańskiego prawnika Paula Ueckera. Willa charakteryzuje się rozbudowaną bryłą do której dostawione są liczne przybudówki oraz tarasy. Ozdobiona jest neoklasycystyczną dekoracją sztukatorską. Wnętrze składa się z piętnastu pokoi, do których można dostać się z centralnego holu. Willa otoczona jest ozdobnym ogrodem. W okresie międzywojennym willa należała do znanego poznańskiego fabrykanta wódek i likierów Artura Gaede (właściciela najstarszej poznańskiej fabryki likierów – założonej w 1816 roku). W tym okresie w willi znajdował się także konsulat francuski. W czasie okupacji Polacy zostali z niej wysiedleni i willa Paula Ueckera stała się pierwszą siedzibą namiestnika Rzeszy w Kraju Warty i gauleitera NSDAP Arthura Greisera. W latach 1940-1942 trwała budowa jego docelowej siedziby w Jeziorach nad Jeziorem Góreckim. Obecnie w budynku tym mieści się dyrekcja Wielkopolskiego Parku Narodowego, a do dzisiejszego dnia drogę prowadzącą do rezydencji nazywa się potocznie „greiserówką” (z budynkiem tym związana jest dłuższa historia, która w szczególności zainteresuje czytelników lubiących historie o poszukiwaczach skarbów – jednak wpis na ten temat pojawi się na blogu w innym czasie). Współcześnie w budynku przy ulicy Berwińskiego mieści się siedziba Radia Merkury.

Do napisania tego tekstu skłoniło mnie jedno ze zdjęć na profilu facebookowym “Miejsca w Poznaniu, o których nie miałeś do tej pory pojęcia”. Zdjęcie przedstawiało rzeźbę wisielca znajdującą się przed opuszczoną komendą policji położoną niedaleko willi Paula Ueckera. Pod tym zdjęciem jedna z osób przekonywała, że budynek ten był siedzibą Artura Greisera, a rzeźba jest nawiązaniem do tego jak zginął namiestnik Rzeszy w Kraju Warty (ostatnia publiczna egzekucja na terenie naszego kraju). Prostując - to nie był ten budynek, a co do rzeźby to nie mam pojęcia do czego jest nawiązaniem.

Źródło zdjęcia: wikimedia.org

Comments

Wiosna ach to Ty! XIX-wieczne rozrywki poznaniaków

W tym tygodniu obchodziliśmy pierwszy dzień wiosny w związku z czym coraz więcej poznaniaków będzie można zaobserwować na deptakach, ulicach, w parkach oraz nad Wartą. Obecnie mamy szeroki wachlarz możliwości jeżeli chodzi o spędzanie wolnego czasu w ciepłe dni. Jednak czy tak samo było w Poznaniu XIX wieku?

image

Poznaniacy w dziewiętnastym wieku czas wolny spędzali przede wszystkim w  zaciszu własnego domu. Poświęcali go także na wizytowanie znajomych i rodziny oraz spędzali czas w salonach artystyczno-literackich. Jednak do rozrywek niekosztownych, a przede wszystkim zdrowych, należały  przechadzki i wycieczki. W pogodne dni na ulice Poznania wylegały tłumy ludzi. W ścisłym centrum najwięcej poznaniaków można było spotkać na ulicy Wilhelmowskiej oraz placu o tej samej nazwie (Aleja Marcinkowskiego oraz Plac Wolności). Na przełomie całego XIX wieku architektura Poznania zmieniła się diametralnie i w bardzo szybkim tempie. Z biegiem lat zaczęły zanikać tereny zielone oraz elementy typowo wiejskie, a większość terenu pokrywała coraz ściślejsza zabudowa miejska. Pod koniec wieku w obrębie murów miejskich znajdowały się trzy niewielkie parki z czego tylko jeden, Volksgarten zasługiwał na to miano. Park ten znajdował się w okolicy dzisiejszej ulicy Działyńskich, a na jego terenie znajdował się stawek do którego wpływała, jeszcze wtedy naziemna, Bogdanka. Dwa pozostałe tereny zielone to ogród Lamberta przy Piekarach oraz ogród Hildebranda w okolicy dzisiejszego Placu Cyryla Ratajskiego. Jednak dla mieszkańców Poznania spragnionych terenów zielonych było to zdecydowanie za mało. Dlatego na dłuższe przechadzki poznaniacy wybierali się poza mury miejskie. Jednym z popularniejszych miejsc był lasek Dębina. Było to jedno z ulubionych miejsc rekreacyjnych księżnej Ludwiki Radziwiłł i właśnie stąd wywodzi się niemiecka nazwa Dębiny – Louisenhain (Gaj Ludwiki). Książę Radziwiłł specjalnie dla swojej małżonki zainwestował duże pieniądze w lasek dębiński m.in. poprzez wybudowanie niewielkiego pałacyku myśliwskiego. Na dalsze wyprawy poznaniacy wybierali się do Kobylegopola. Było to popularne miejsce poznańskich majówek (w tamtym okresie były to spotkania plenerowe odbywające się od maja do września). W majówkach najczęściej brali udział przedstawiciele cechów rzemieślniczych, stowarzyszeń, gimnazjaliści oraz całe rodziny poznaniaków. W bezpośrednim sąsiedztwie murów miejskich, między bramą Berlińską oraz Młyńska,  powstał okazały zieleniec nazywany przez poznaniaków plantami (znajdował się on w obszarze dzisiejszej Alei Niepodległości od ulicy św. Marcin do Kutrzeby).  Tłumy mieszkańców miasta można było spotkać tam nie tylko w niedziele i święta, ale także  w trakcie popołudniowych spacerów w dni powszednie. W dni upalne mieszkańcy Poznania uwielbiali spędzać czas nad wodą. Szczególnie uwielbiane były tereny nad Wartą w okolicy dzisiejszego mostu Królowej Jadwigi. Znajdowały się tam łazienki wojskowe oraz miejskie, a wejście na plaże było płatne. W okolicy dzisiejszego MDKu przy Drodze Dębińskiej znajdowała się bezpłatna plaża określana popularnie „Bocianką”. I to właśnie w tej okolicy wzdłuż świeżo wybudowanej utwardzonej drogi do Dębiny zaczęły wyrastać jak grzyby po deszczu ogródki rozrywkowe. Można było w nich bardzo miło spędzić czas przy dźwiękach muzyki granej przez orkiestrę. Odbywały się zabawy taneczne, grano w kręgle oraz bilard, występowały tu także grupy teatralne. Każdemu poznaniakowi dobrze były znane takie nazwy ogródków rozrywkowych jak Syberia, Nowa Ameryka, Columbia, Nowa Wenecja czy Villa Nova. Zaraz za bramą Dębińską znajdowało się Wesołe Miasteczko zwane Vogelką (co ciekawe to właśnie w Poznaniu powstało pierwsze wesołe miasteczko i to do niego wzięła się ta ogólnopolska nazwa). Na jego terenie znajdowały się karuzele, strzelnice oraz beczki śmiechu. Dużą atrakcją były także walki zapaśnicze między zawodowymi atletami oraz ochotnikami z publiczności.  W tym okresie także zaczęła tworzyć się społeczność działkowców. Rada Miasta przekazała na ten cel niewielkie tereny i to właśnie w XIX wieku zaczęły powstawać pierwsze ogródki działkowe na Wildzie oraz Górczynie. Dużą popularnością wśród poznaniaków cieszyły się także strzelnice Bractwa Kurkowego. Jednak one tętniły życiem głównie podczas świąt np. podczas Zielonych Świątek.

image

Jak można zauważyć poznaniacy w XIX wieku byli tak samo rozrywkowi jak my, a śmiem twierdzić, że wachlarz ówczesnych rozrywek był bogatszy od współcześnie dostępnych. Mam nadzieję, że w ten weekend godnie powitaliście wiosnę i równocześnie trzymam kciuki za to, żeby najbliższe tygodnie przyniosły kolejne owocne wyprawy plenerowe.

Źródło zdjęć: http://www.wieczorkiewicz.org (osobiście polecam stronę - świetne grafiki dawnego Poznania)

Comments

Park im. Gustawa Manitiusa

Jedną z największych bolączek polskich miast jest niewystarczająca ilość terenów zielonych. Jednak w mojej opinii Poznania ten problem nie dotyczy (oczywiście zawsze mogłoby być lepiej, ale należy docenić to co mamy). Cytadela, Sołacz, Ogród Botaniczny, Nowe Zoo, Park Jana Pawła II, Park Tysiąclecia oraz wiele innych. Wśród nich znajdują się także tereny w jakiś sposób zapomniane. Przykładem może tutaj być Park Gustawa Manitiusa znajdujący się u zbiegu ulic Grunwaldzkiej oraz Władysława Reymonta.

Nietypowa jest przeszłość tego miejsca gdyż park ten położony jest na terenie dawnych cmentarzy protestanckich. Jeden z nich należał do parafii św. Pawła, a drugi do parafii św. Łukasza na Jeżycach. Oba cmentarze założone zostały w 1895 roku i początkowo ich teren rozciągał się aż od obecnej ulicy Taborowej do ulicy Obozowej. Po 1919 roku kiedy większość parafian była zmuszona do opuszczenia Poznania teren cmentarzy został zmniejszony i m.in. wzdłuż ulicy Reymonta utworzono ogródki działkowe dla pozostałej w mieście ludności niemieckiej. Pochówki na obu cmentarzach odbywały się do 1945 roku. W 1952 tereny cmentarne przekształcono w Park Zwycięstwa. Nasadzono nowe drzewa i krzewy oraz stopniowo coraz bardziej przekształcano cmentarz w teren rekreacyjny. Do dzisiejszych czasów nie zachował się żaden grób, ani płyta nagrobna. Jedynymi pozostałościami po ewangelickiej przeszłości tego miejsca są układ alejek oraz kaplica cmentarna należąca w przeszłości do parafii św. Pawła. Neogotycka kaplica została zbudowana w 1896 roku, a w latach 1946-2003 służyła jako kościół parafii ewangelicko-augsburskiej (w 2004 parafia przeniosła się do nowego kościoła przy ulicy Obozowej).  W 1968 roku na końcu głównej alei postawiono pomnik Zwycięstwa upamiętniający zakończenie II wojny światowej oraz bitwę pod Grunwaldem. Od 2000 roku patronem parku jest Gustaw Manitius  - duchowny luterański, który w styczniu 1940 roku został zakatowany przez Niemców w Forcie VII. Od połowy lat 20-tych był on proboszczem poznańskiej parafii ewangelicko-augsburskiej. W późniejszym czasie mianowany został biskupem diecezji wielkopolsko-pomorskiej oraz działaczem organizacji patriotycznej PZZ (Polski Związek Zachodni) za co trafił na Młyńską, a następnie do Fortu VII. Miejsce jego pochówku nie jest znane, możliwe jest, że został pochowany w zbiorowej mogile na Cmentarzu Górczyńskim. Od strony ulicy Grunwaldzkiej w 2002 roku umiejscowiony został pamiątkowy głaz poświęcony patronowi parku.

Chciałbym serdecznie przeprosić wszystkich czytelników za znikomą aktywność w ostatnim czasie, ale jest to spowodowane natłokiem spraw zawodowych. Mam nadzieję, że już niedługo będę miał możliwość odbudowania mojej regularnej działalności na blogu.

Źródło zdjęcia: wikimedia.org Autor: Radomil

Comments

Ciemna strona 23 lutego

Odbicie Poznania z rąk niemieckiego okupanta dla jednych było momentem ogromnej radości, dla innych było początkiem gehenny. Ogromną radością było oczywiście dla Polaków. To dla nich kończyło się 6 lat życia pod „niemieckim butem”. To dla nich kończył się okres poniżeń oraz opluwania. Równocześnie dla niemieckiej załogi Cytadeli i Niemców żyjących w Poznaniu zaczęła się droga przez mękę. Od momentu wkroczenia Rosjan  do Fortu Winiary rozpoczął się ciąg upokorzeń i poniżeń dla tych, którzy przez ostatnie lata byli „panami”. W dzisiejszym wpisie chciałbym zamieścić kilka fragmentów wspomnień niemieckich żołnierzy opisujących pierwsze  godziny po wyzwoleniu Poznania.

  image

 

„…Poddanie Cytadeli nastąpiło 23 lutego 1945 o godzinie 8 rano. Pomimo moich dwóch ran z pomocą dwóch towarzyszy, którzy pozostali bez szwanku, dołączyłem do grupy tych, którzy po kapitulacji wychodzili z kazamat i redut Cytadeli. Po raz pierwszy od tygodni znów ujrzałem światło dzienne. Na dziedzińcu Cytadeli zbierali się ocalali, wszyscy ci, którzy byli w stanie się poruszać. Odbyły się pierwsze kontrole, a późnym popołudniem rozpoczął się marsz propagandowy przez Poznań, gorliwie przez Rosjan filmowany…”

„…Rosjanie planowali rzekomo zabrać rannych ciężarówkami, ale kiedy zostałem prawie sam, zacząłem się bać i poprosiłem dwóch zdrowych towarzyszy, by pozwolili mi się na nich wesprzeć. Jak się później dowiedziałem, wszystkich rannych, którzy pozostali na korytarzach, pijani Polacy i Rosjanie zastrzelili…”

„…Niestety muszę potwierdzić, że wszystkich rannych znajdujących się w Cytadeli Rosjanie zabili przy pomocy miotaczy ognia…”

„…Oficerów, którzy znajdują się w tłumie, wyłapuje się i ustawia. Jest ich siedmiu. Między innymi także jeden Oberfeldwebel, który sprawił sobie w sklepie z mundurami nowiutki strój, co zdecydowało o jego losie. Nikt nie słucha go, gdy mówi, że nie jest żadnym oficerem. Cała siódemka musi ściągnąć oficerki. Potem wszyscy zostają wepchnięci do chlewu, w którym nawet nie mogą się wyprostować. Wtedy podchodzi około osiemnastoletni Rosjanin i zamyka furtkę. Cofa się cztery kroki, odwraca, gwałtownie zdejmuje pistolet maszynowy z ramienia i cały magazynek wystrzeliwuje do wnętrza chlewu. Papieros zwisa mu z gębie. Następnie jesteśmy przeszukiwani pod kątem odznaczeń. Wszyscy ci, którzy  posiadają Krzyże Żelazne I Klasy, zostaną zastrzeleni…”

„…Przedstawiający obraz nędzy i rozpaczy pochód jeńców – wyłącznie rannych z poznańskiego Zamku – eskortowany przez sowieckich żołnierzy, gnany jest przez tory kolejowe w kierunku Łazarza. Nagle trafiamy wprost do piekła, bo jedną z ulic pędzi motłoch. Pomimo, że jesteśmy ranni, biją nas, każdy pcha się do przodu, nie chcąc być ostatni. Czoło pochodu wyznacz tempo. Obok mnie pada kolega. Na dwie godziny przed wzięciem do niewoli amputowano mu ramię. Nie wiem co się z nim stało. Zaraz po tym przechodzimy pod wiaduktem kolejowym. Na nim stoją polscy cywile i rzucają w nas węglem kamiennym, grube odłamki trafiają w bezbronną, zaszczutą masę…”

„…Przechodziliśmy przez Starołękę. Na ulicach znów stoją polscy cywile i rzucają w rannych kamieniami, biją, kopią nas…”

„…W lutym podczas jednego z marszów propagandowych przez miasto, Polacy zachowywali się okropnie zjadliwie, obrzucali nas kawałkami lodu i krzyczeli „Heil Hitler”, śpiewali hymn Niemiec i opluwali nas. Z jednego okna wyrzucono ciężki łańcuch i wielu zostało rannych. Gdyby nie rosyjscy strażnicy, to nie wiem, co by się wydarzyło…”

„…Około godziny 9 rozpoczął się pochód męki przez Poznań. Zakończył się o 16. Kamieniowana nas, obrzucano obelgami, wjeżdżano samochodami i końmi w naszą kolumnę, a na koniec przekazano nas polskiemu legionowi – który ciągle nas bił – postawiono nas przy ścianie jako tarcze do strzelania – całkowicie nas ograbiono i wielu z nas (szczególnie policjantów, SS) rozstrzelano. Po trzech dniach przyszliśmy znów do Rosjan. Zachowaliśmy dosłownie jedynie nasze życie. Przez sześć tygodni chodziłem boso…”

„…Rano byli zbierani wszyscy ranni i wieczorem wracali wyczerpani z 20 km „marszu propagandowego” z powrotem do Zamku, gdzie nocą gnieździło się około 7000 jeńców wojennych. Podczas tych marszów propagandowych z okien domów wylewano na nas gorącą wodę i urynę lub obrzucano doniczkami; ciężarówki prowadzone przez Rosjan lub Polaków celowo wjeżdżały w kolumny i kaleczyły jeńców. Kiedy oni lub inni wyczerpani nie mogli dalej maszerować w tych pochodach nędzy, byli popędzani uderzeniami kolb, a kiedy to nie pomagało – rozstrzeliwani. Przy tym Polacy byli jeszcze bardziej brutalni niż Rosjanie, którzy czasami nawet nas bronili przed ekscesami Polaków…”

„…Od rana do wieczora jesteśmy bezustannie pędzeni przez Poznań. Kto nie ma już sił, zostaje zastrzelony lub zatłuczony kolbą. To prawdziwa ruletka, trzeba uważać, aby ze środka kolumny nie zostać wypchniętym na zewnątrz. Podczas jednego z takich przestojów jakiś Polak łapie mnie za ubranie, odwraca w swoim kierunku i krzyczy: „I co, nie miałeś czasu, żeby się umyć i ogolić, ponieważ musiałeś ciągle strzelać?!”. Uderza mnie pięścią w nos. Boże, jak my wszyscy wyglądamy! Wcale się jednak nie dziwie, prawie przez cztery tygodnie nie myliśmy się ani nie goliliśmy. Mamy brody jak marynarze. Rosyjskie czołgi bezlitośnie wjeżdżają w kolumnę, ledwo udaje nam się odskoczyć na boki. One jednak gonią nas! Jeńcy w czarnych, pancernych mundurach zostają pobici. Uchodzę temu wybuchowi gniewu tylko dlatego, że jestem ubrany w kurtkę maskującą, którą założyłem po powrocie z naszej misji rozpoznawczej. Ludność Poznania wyległa tłumnie na ulice, aby uczestniczyć w tym okropnym wydarzeniu. Słychać krzyki: „No i co, niemieckie świnie, macie swoją tęsknotę za wschodem!”. Musimy cierpieć za wiele cudzych grzechów…”

„…Dziś kompletnie nie mogę się połapać, jakimi ulicami wzdłuż i wszerz miasta jestem pędzony wraz z wieloma innymi jeńcami. Polacy opluwają nas, wyzywają, biją i obrzucają kamieniami. Byle nie maszerować na skraju kolumny lub przy chodniku. Tu można szybko oberwać. Na ul. Głogowskiej wpada w naszą kolumnę galopujący zaprzęg konny, którym powozi Rosjanin. Na wozie jadą Polacy. Tłuką na lewo i prawo batem, po czym wycofują się i z przodu kolumny zaczynają wszystko od początku. Pomagamy wstać potłuczonym kolegom. Zostać na ziemi to pewna śmierć…”

Z tych relacji możemy wywnioskować, ze 23 lutego 1945 roku oprócz ogromnej radości dla Polaków ciągnie za sobą także ciemniejszą stronę.

        image

Cytaty pochodzą z książki Günthera Baumanna “Poznań 45’. Bastion nad Wartą”. Pozycja dosyć zgrabnie opisuje walki o Poznań, ale równocześnie jest bardzo stronnicza i pokazuje Niemców jako 6 letnich dobroczyńców, których spotkał straszny los po  wkroczeniu Rosjan do Poznania. 

 

Comments

Woźna

Ulica Woźna jest jedną z uliczek łączących Stary Rynek z ulicą Garbary. Nazwa ulicy pochodzi oczywiście od woźnego, ale rzecz jasna nie od takiego klasycznego, dzwoniącego dzwonkiem w szkole. W przeszłości woźnym określano dozorcę miejskiego więzienia, który w średniowieczu mieszkał właśnie przy tej ulicy. Po niemiecku taką funkcję określano „Büttel” stąd wzięła się niemiecka nazwa ulicy Büttelstrasse. Po odzyskaniu niepodległości w 1919 roku ulica określana była jako Butelska, ale ta nazwa wywodziła się właśnie od niemieckiego miana tej ulicy, a nie jak wielu myśli od butelek. Jednakże ta druga interpretacja była bardzo trafna, ponieważ sama ulica ma dosyć szemraną przeszłość.

W średniowieczu ulica nie prezentowała się za dobrze, ponieważ znajdował się tam miejski szalet, a środkiem ulicy przeprowadzony był rynsztok. Zbierał on nieczystości z całego Starego Rynku oraz okolicznych ulic, a następnie prowadził je wzdłuż ulicy do otworu w murach miejskich gdzie trafiały one do Warty. Przez wieki ulica słynęła z tego, że zamieszkiwał ją poznański półświatek, a przede wszystkim różnej maści przestępcy oraz nierządnice. W miejskiej baszcie, która wchodziła w skład murów miejskich zaraz obok ujścia rynsztoku zamieszkiwał kat wraz ze swoją rodziną. Kat w tamtych czasach był urzędnikiem miejskim, a ponieważ tylko nieliczne miasta było stać na posiadanie własnego w związku z czym okoliczne miasta bardzo często wypożyczały poznańskiego kata. Jednak w zakres obowiązków kata nie wchodziło tylko wykonywanie wyroków oraz przeprowadzanie tortur. Musiał on także dbać o porządek w mieście, zarządzać usuwaniem nieczystości a także pełnił on funkcje miejskiego hycla. Najogólniej rzecz ujmując miejski kat oprócz wzbudzania strachu ze względu na funkcję, którą wykonywał wywoływał także dużą niechęć i obrzydzenie mieszkańców miasta. Jakby tego było mało także żona kata pełniła dosyć nietypową funkcję. Przy Woźnej znajdował się miejski zamtuz, którym zarządzała właśnie żona kata. A ponieważ najstarszy zawód świata na przestrzeni wieków zawsze najbardziej intratny był dla osób zarządzających, a nie dla usługodawczyń to także w tym przypadku wpływy z domu publicznego stanowiły ogromny zysk dla rodziny kata. Każda wizyta w domu publicznym kosztowała 8 groszy i kwota ta była rozdzielana między miasto i kata. Co ciekawe prawo miejskie regulowało ile maksymalnie dziewczyn może pracować w zamtuzie i z reguły było ich pięć. Dom publiczny był także miejscem załatwiania różnych czarnych interesów z których częściowo zyski czerpał oczywiście kat. Na ulicy Woźnej w późniejszych latach umiejscowiona była także murowana łaźnia.

Musimy pamiętać, że wszystko co tutaj opisuję działo się przecznicę od murów Kolegiaty pw. św. Marii Magdaleny. W tym przypadku idealnie sprawdza się powiedzenie, że pod latarnią zawsze najciemniej.

Źródło zdjęcia: http://en.wikigogo.org

Comments

Złoty wiek poznańskiej medycyny

W dzisiejszym wpisie przeniesiemy się do XVI wieku. W tym okresie w naszym mieście nadspodziewanie dobrze zaczęła rozwijać się medycyna, a wręcz można ten wiek określić złotym wiekiem poznańskiej medycyny. Przede wszystkim należy tutaj wspomnieć o patronie jednej z ulic na Łazarzu oraz szpitala przy ulicy Szkolnej. Rodowity poznaniak Józef Struś był nadwornym lekarzem Zygmunta Starego i Zygmunta Augusta, a w międzyczasie zdążył jeszcze dwukrotnie być burmistrzem Poznania. Uważa się, że w tamtym okresie był on najsłynniejszym lekarzem Europy. Przez kilka lat był wykładowcą na uniwersytecie w Padwie. Z jego umiejętności i rad korzystano na wielu dworach królewskich (m.in. na dworze węgierskim, tureckim oraz hiszpańskim). Pomimo takiej pozycji w Europie był on prawdziwym lekarzem z powołania, dla którego najważniejsza była pomoc chorym ludziom ze wszystkich klas społecznych. Zmarł w 1568 roku podczas poznańskiej epidemii dżumy kiedy pomagał najuboższym mieszkańcom naszego miasta. Tablica upamiętniająca Józefa Strusia znajduje się na Starym Rynku na fasadzie kamienicy nr 97, która w przeszłości należała do słynnego medyka. W tym samym okresie w Poznaniu działał Stanisław Chrościejewski zwany Nigrem. Poeta, lekarz, a także burmistrz Poznania (może obecnie także funkcje prezydenta powinien pełnić jakiś lekarz, który podreperowałby zdrowie Poznania). Przez wiele lat był lekarzem rodu Górków dzięki czemu stał się człowiekiem majętnym oraz wpływowym. W obrębie poznańskiego Rynku posiadał własny dom, który obwarowany był przywilejem królewskim mówiącym o tym, że jest on wolny od wszelkich poborów królewskich i miejskich (obecnie także przydałyby się takie przywileje za zasługi dla miasta). Jego syn Jan także szkolił się na lekarza. Nauki rozpoczął w poznańskiej Akademii Lubrańskiego, a następnie dzięki pomocy poznańskiego magistratu wyjechał studiować do Krakowa. Edukacje medyczną kontynuował we włoskiej Padwie (identyczną ścieżkę edukacyjną przeszedł Józef Struś). Na tym włoskim uniwersytecie był uczniem Girolamo Mercurialiego, który był lekarzem weneckich dożów oraz papieży. Najsłynniejszym dziełem Jana Chrościejewskiego jest wydany w Wenecji traktat o chorobach dziecięcych, który uważany jest za pierwszy polski podręcznik pediatrii (aktualny aż do XVIII wieku). Co ciekawe w tym podręczniku zawarty jest prawdopodobnie pierwszy na świecie opis odry, którą jako osobną chorobę wyodrębniono dopiero w połowie XVII wieku. Po powrocie do Poznania dzięki swojej sławie został wybrany (zaskoczenie!) na urząd burmistrza naszego miasta. Jednym z jego głównych osiągnięć w tym okresie był pierwszy poznański statut o bezpłatnym leczeniu osób ubogich. Jan Chrościejewski mieszkał w kamienicy nr 72 przy Starym Rynku. Co ciekawe tablica upamiętniająca tego poznańskiego lekarza została zamontowana na fasadzie budynku nr 71. Pomyłka wynikała z tego, że w XIX wieku wytyczono nową ulice łączącą Stary Rynek z obecnym Placem Wolności (Ulica Ignacego Jana Paderewskiego, a kiedyś po prostu Nowa). W tym celu konieczne było wyburzenie jednej z kamienic przez co na Starym Rynku zmieniła się na jakiś czas numeracja domów (obecnie przywrócona jest numeracja bez kamienicy nr 69). 

Losy poznańskich medyków pokazują, że przy okazji kolejnych wyborów prezydenckich duże szanse na sukces powinien mieć jakiś zaangażowany w życie społeczne lekarz. Jeżeli wśród czytelników znajduje się taki to z całego serca zachęcam do kandydowania i życzę pójścia w ślady swoich słynnych poprzedników.

image

                                               Józef Struś leczący sułtana Sulejmana II

Comments

Nalot

W nocy z 5 na 6 stycznia obchodziliśmy 95 rocznicę bitwy o Ławicę. Bitwy, której efektem było zdobycie przez powstańców ogromnej ilości sprzętu lotniczego  - przede wszystkim samolotów bojowych oraz balonów obserwacyjnych (należy pamiętać, że sprzęt ten nie został zdobyty tylko w bazie lotniczej na Ławicy, ale także w Hali Zeppelinów na Winogradach).

Już kilka godzin po zdobyciu bazy lotniczej Niemcy zdecydowali się na odwet. Z lotniska we Frankfurcie nad Odrą wystartowały bombowe aeroplany. Nie nadleciały one nad sam Poznań, ale zaatakowały powstańców pod Nakłem. Dzień później niemieckie samoloty doleciały już nad Poznań i zbombardowały Ławicę. Sytuacja powtórzyła się także 8 stycznia. Bombardowania te nie przyniosły dużych strat po stronie polskiej, ale wywołały w Poznaniu niemałą panikę. Ze względu na to, że obawiano się kolejnych nalotów część powstańczych pilotów z sierżantem Wiktorem Pniewskim na czele zdecydowało się na akcję odwetową (co ciekawe sam Pniewski był jednym z orędowników szybkiego odbicia Ławicy i utworzenia powstańczego lotnictwa). Bez zgody dowództwa powstania zorganizowali nalot na lotnisko we Frankfurcie nad Odrą. 9 stycznia 1919 roku z lotniska na Ławicy wzniosło się w powietrze 6 samolotów przyozdobionych w biało-czerwoną szachownicą. Wystartowały one z misją odbycia pierwszego nalotu bombowego w historii polskiego lotnictwa. Po półtoragodzinnym locie piloci znaleźli się nad niemieckim miastem. Bombardowanie trwało ok. godziny, a łącznie na lotnisko we Frankfurcie spadło 900 kilogramów bomb ręcznych. Po tej akcji odwetowej Niemcy zaprzestali bombardowania Poznania, a nawet wyłączyli z użytku lotnisko we Frankfurcie obawiając się kolejnych ataków. Oczywiście po powrocie Pniewski musiał się gęsto tłumaczyć z tej wyprawy przed dowódcami, ale na szczęście dla niego i reszty pilotów skończyło się bez konsekwencji.

Sprzęt lotniczy zdobyty w czasie Powstania Wielkopolskiego stanowił podstawę raczkującego polskiego lotnictwa. Samoloty przejęte w bitwie o Ławicę brały później aktywny udział w walkach o Lwów oraz w wojnie polsko-bolszewickiej, a wszystko zaczęło się od samowolki powstańczych pilotów.

   

Comments